Kochanka nr 29

 

Miasto gas?o mi?kko na spoczynek. Cisza siwy rozbija?a obóz, gdy d?ugo w noc spazmowa?y twoje blade nogi. Z jednakim smutkiem po?czochy z nich zdziera?a? jak skór? i z cia?em zlepiony szmer bluzki, bezwstydnie kobiecy, skór? równ? r?kom twoim obu, r?kom pachn?cym ?wie?o, jak brzóz le?ne stogi. W sprz?tach tyle l?ni?o niepokoju, które ?mia?o b?yszcza?y, jak z bzu, bia?e plecy. Co dzie? odp?ywam, cia?em pobity, i znowu powracam, t?umi?c rado?? i cz?owieka w por?, p?on?c, na poduszkach rozsypany w podnieceniu dzikiem. Poca?unkami zatrza?ni?ty jak drzwi. Potem: przy bladym chwianiu ramion, jak ?wiecy, w oczach, cicha dziewczynka przez s?omk? pije z?oto i maszeruj? drzewa, odziane l?ni?cym chodnikiem. Wy?azi z chmur dymi?cy ?wit, jak góra bolesnych, kobiecych wn?trzno?ci. Ogniem ró?owym prze?wieca przez piersi ?ytni? kor?. W szybach si? wlecze z pos?ania od krwi. ?al mi, gdy dreszcze zostawiwszy w sukni, ca?a nagle oderwiesz si? z krzykiem, gryz?c me wargi z po?piechem na po?egnanie mi?o?ci.

<< wroc